Ojciec i trzej synowie

     Żyje jeszcze dziś pewien stary człowiek, który przed kilku laty bardzo był ubogi. Miał zaś ten człowiek trzech synów i wyżywić ich nie mógł. Zawołał tedy najstarszego i rzekł:
      - Jestem stary i chory, pracować już nie mogę, idź więc synu w świat na wędrówkę i służ u kogo, a gdy rok minie, powróć z zarobkiem do domu.
      Najstarszy syn usłuchał ojca. Wziął tłumoczki z chlebem i powędrował. I wędrował już jeden dzień pod wielką bardzo górę, a kiedy za tę górę zaszedł, zobaczył staruszka, który pasł owce przy drodze. Staruszek zapytał go:
      - Czy nie za służbą idziesz, chłopysiu?
      - A za służbą, staruszku! - odpowiedział parobek.
      - Więc służ u mnie i pilnuj mi tych owiec, aż wrócę - rzekł staruszek, oddał parobkowi swoją torbę z maczugą i zniknął.
      Parobek wziął torbę i maczugę, i pasł owce bardzo pilnie. Pasł je już rok cały, a ten rok minął mu jak jeden dzień. Aż wreszcie wraca staruszek i przynosi ze sobą mały stoliczek i mówi:
      - Służyłeś mi mój parobku wiernie, za to ci daję ten stolik. Wyjdź z nim za górę i powiedz: "stoliku, stoliku mój, otwórz się".
      Parobek wziął stolik, wyszedł za górę i powiedział:
      - Stoliku, stoliku mój, otwórz się!
      Ledwo co to wymówił, nakrył się stolik białym obrusem, a na stoliku stał talerz i leżały widelce, nóż, a wszystko było ze srebra. Na innych zaś talerzach ze srebra były najwyborniejsze potrawy.
      Parobek nie namyślał się długo, ale zaczął jeść i smakowało mu bardzo, bo był głodny. A kiedy się już najadł do woli, rzekł:
      - Stoliku, stoliku mój, zamknij się! - tak go bowiem nauczył staruszek.
      Ledwo co też wymówił, już znowu stolik stał próżny i nic na nim nie było.
      Wziął go potem na plecy i szedł dalej, ale noc była blisko, parobek zaś zmęczył się długą drogą, wstąpił na nocleg do gospody, która stała przy drodze.
      Kiedy do tej gospody wstąpił, zobaczył tam wielu ludzi, bał się więc, aby mu kto stolika nie ukradł, i oddał go gospodyni do schowania. Gospodyni była to już bardzo stara kobieta, więc też była mądra. Tak sobie tedy myślała: "dlaczego parobek nosi ze sobą ten stolik? Przecież on niewart najgorszego mego stolika, bo jest z prostej sosnowej deski, nawet nie malowany? A chociaż to takie ladaco, upominał mnie jednak parobek, abym go dobrze pod klucz schowała? Nie na próżno to! nie! Jest tu jakaś tajemnica!"
      Tak sobie myślała mądra gospodyni, poszła potem do osobnej komory i poczęła pilnie oglądać stolik z tej i z tej strony. Miał zaś ten stolik szufladkę, która była zamknięta, a której mądra kobieta w żaden sposób otworzyć nie mogła, więc rzekła:
      - Mój dobry stoliku, otwórz mi się sam.
      Ledwo co to wymówiła, okrył się stolik białym obrusem, a na stoliku był talerz i widelec, i nóż ze srebra, i były wyborne potrawy; wszystko jak za pierwszym razem.
      Odkryła więc gospodyni tajemnicę stolika, bo była bardzo mądra, ale przy tym bardzo zła. Tak tedy rzekła do męża:
      - Nie oddamy tego stolika parobkowi, lecz zrób w nocy stolik podobny i ten mu oddamy.
      Mąż jej począł zaraz robić stolik podobny, i robił go przez noc całą, nad ranem zaś skończył.
      Kiedy już świtać poczęło, obudził się parobek i wstał. Gospodyni oddała mu stolik, który mąż jej zrobił w nocy.
     Poszedł z nim dalej i w południe samo stanął w domu swoim, skąd przed rokiem był wywędrował i zawołał ojca swego i braci, aby im pokazać swój zarobek: myślał bowiem, że to jest ten sam stolik, który sobie u dziada wysłużył, więc rzekł:
      - Patrzcie, com sobie przez rok służby mojej zarobił. Nie potrzeba wam odtąd pracować na kawałek chleba, bo będziemy mieli co jeść i co pić.
      Ojciec i dwaj młodsi bracia myśleli, że zapewne w szufladce stolika są schowane jakie wielkie skarby, ale kiedy ją otworzyli i nic w niej nie było, dziwili się bardzo mowie parobka, który potem rzekł do stolika:
      - Stoliku, stoliku mój, otwórz się!
      Ale stolik nie nakrył się tym razem i nie było na nim talerzy srebrnych ani potraw wybornych. Rzekł więc drugi raz i trzeci raz to samo, ale gdy stolik nie nakrył się jednak, porąbał go rozgniewany i spalił.
      Więc znowu ojciec miał w domu trzech synów, a był ubogi i wyżywić ich nie mógł. Zawołał zatem średniego, któremu było na imię Lampart, i rzekł do niego:
      - Jestem stary i chory, pracować już nie mogę. Idź synu w świat na wędrówkę, a po roku wracaj z zarobkiem do domu. Zawsze mi byłeś jedyny, boś też najmędrszy z twych braci, nie daj się więc tak łatwo wygłupić.
      Lampart usłuchał ojca, wziął tłumoczki z chlebem na drogę i powędrował. I wędrował już jeden dzień, pod wielką bardzo górę, a za tą górą zobaczył staruszka, który pasł owce przy drodze. Staruszek zapytał go także, czy idzie w służbę, i urządził Lamparta za owczarka, oddał mu torbę, maczugę i zniknął.
      Lampart pasł przez rok cały, ale ten rok minął mu jak jeden dzień, po roku zaś wrócił staruszek i przyniósł ze sobą małego baranka, i rzekł:
      - Służyłeś mi mój parobku wiernie, za to ci daję tego baranka, wyjdź z nim za górę i powiedz: baranku, baranku mój, otrząśnij się!
      Przypomniał sobie Lampart naukę ojcowską i los starszego brata, nie chciał tedy przystać na takie zasługi. Ale staruszek nic nie mówiąc, zniknął. A on, bardzo ciekawy, co się też zrobi, więc wziął baranka i rzekł za górą:
      - Baranku, baranku mój, otrząśnij się!
      Ledwo co to wymówił, otrząsnął się baranek, a z baranka spadła srebrna wełna. Wziął on tę wełnę w torbę, a baranka wziął na plecy i szedł dalej, aż do wieczora. Noclegiem zaś stanął w tej samej gospodzie, gdzie przed rokiem brat jego nocował. Oddał także owej starej gospodyni swego baranka, aby go napasła mlekiem i owsem, i kazała mu w osobnej komorze podesłać miękkiego siana, zamknął potem drzwi od tej komory na kłódkę i klucz wziął do siebie.
      To dziwiło starą gospodynię, rzekła więc do męża:
      - Nie bez kozery zamknął parobek tak starannie swego baranka, trzeba mi go zobaczyć.
      Potem poszli do sklepu, skąd małymi drzwiczkami wcisnęli się do komory, zamkniętej na kłódkę. Baranek tak się w siano zagrzebał, że go ledwie znaleźli; potem oglądała go gospodyni z tej i z tej strony, ale nie mogła dobrze obejrzeć wełny jego, bo się na niej bardzo wiele siana pozawieszało, więc rzekła:
      - Kiedyś się w siano zagrzebał, to byś się z niego mógł otrząsnąć, baranku mój!
      Ledwo co to wymówiła, otrząsnął się baranek, a z baranka spadła srebrna wełna. Wyzbierawszy srebro, rzekła do męża: - Nie oddamy parobkowi tego baranka, ale wybierz z owczarni podobnego, którego mu oddamy.
      Kiedy świtać zaczynało, wstał Lampart, odebrał podobnego baranka i szedł dalej. W południe stanął w domu swoim i zwołał wszystkich domowników i rzekł:
      - Oto patrzcie, co wysłużyłem sobie przez rok służby mojej! Już nam teraz nie potrzeba pracować na panów, bo sami panami będziemy!
      Podniósł potem baranka na stół i rzekł:
      - Baranku, baranku mój, otrząśnij się!
      Ale tym razem nie otrząsnął się baranek i nie spadła z niego srebrna wełna. Rzekł więc drugi i trzeci raz to samo, na próżno jednak. Żartowali i śmiali się z niego wszyscy, a on, rozgniewany, zabił baranka.
      Więc znowu miał ojciec w domu trzech synów, których wyżywić nie mógł. Ostatniego jednak nie myślał w świat wyprawić, bo mu się zdało, że ten trzeci był najgłupszy z jego synów. W całej okolicy nie zwano go inaczej tylko Gawron, dlatego, że nie umiał tańczyć ani drużbować po weselach. Więc tego Gawrona nie chciał stary ojciec wysyłać na wędrówkę, ale on widział i czuł biedę, która się w domu rozgościła. Ojca swojego kochał bardzo, nie chciał też, aby na stare lata głód i niedostatek cierpiał.
      Cichaczem tedy nabrał w tłumoczek chleba i powędrował. I wędrował także za ową górę, gdzie przy drodze pasł owce staruszek. Przyjął u niego służbę, podobnie jak bracia, i pilnował gromady przez rok cały. Po roku wrócił znowu staruszek i przyniósł ze sobą miech podarty, i rzekł:
      - Służyłeś mi mój parobku wiernie, za to ci daję ten miech. Jak wyjdziesz za górę, to powiedz: mieszku, mieszku mój, odwiąż się!
      Gdy to Gawron wyrzekł za górami, miech się odwiązał, a z miecha wypadły dwa dębowe kije i biły naokoło, aż ziemia jęczała. Parobek przestraszony, kazał im co tchu się schować.
      Szedł potem do wieczora, a na nocleg stanął w tej samej gospodzie, gdzie była mądra gospodyni, i rzekł do niej:
      - Schowajcie mi gosposiu ten mieszek pod kluczem, bo mam w nim wielkie skarby.
      Pomiarkowała od razu gosposia, że nie bez kozery kazano jej schować to stare mieszysko. Nietrudno jej także było odkryć tajemnicze słowa, bo się już wprawiła na stoliku i baranku; ale tym razem pożałowała swojej mądrości. Skoro bowiem wyrzekła:
      - Mieszku, mieszku mój, odwiąż się! - wypadły z miecha dwa kije i biły babę nielitościwie. Z bólu i strachu zapomniała rozkazać, aby się na powrót schowały, więc biją owe kije mądrą lecz złą kobietę, a mądra lecz zła kobieta całym gardłem woła ratunku. Na ten krzyk obudził się Gawron i wbiegł do komory. Już od dwóch lat nie wolno było nikomu do niej zazierać, bo tam było schowanie stolika i baranka. Poznał Gawron rzeczy braci swoich od razu i dorozumiał się podstępu. Zawołał tedy:
     
      Niech kij każdy babę siecze,
      Póki krew z niej nie pociecze!
     
      Gosposia w modły:
      - Mój chłopysiu, zmiłuj się! Oddam wszystko, powiem wszystko, tylko się zmiłuj nade mną!
      Więc Gawron rzekł:
      - Kije w miech!
      Potem odebrał skradzione rzeczy swych braci, bo gospodyni się przyznała z bólu do wszystkiego.
      Już też świtać zaczęło. Gawron zabrał się w dalszą drogę i przyszedł do domu swego koło południa, kiedy wszyscy za stołem siedzieli.
      Dwaj bracia, widząc stolik i baranka, zeskoczyli z ław i każdy chwycił za swoje; wtem kije z miecha wypadły.
     Struchleli wszyscy, a Gawron dopiero zaczął rozpowiadać, jak się to stało, i tak zakończył:
      - Nie do was bracia, należy stolik i baranek, ale do mnie. Mogę nimi rozrządzać do woli i tak rozrządzam, aby nam wszystkim jednako służyły, co moje, to wasze; co wasze, to moje. Czy przystajecie na to, tatusiu?
      - Przystajemy, przystajemy! - zawołali wszyscy.
      I odtąd poczęło się ich szczęście.
      Baranka wziął stary ojciec do swojej owczarni i dochował się z niego pięknej gromady. Miech powieszono w stodole, a kije wymłócają wszelkie zboże. Stolik zaś ustawiono w dużej izbie, a za stolikiem siedzą goście dniem i nocą, i dobrze się mają, bo nigdy na wybornych potrawach nie zbywa i nigdy podniebienie im nie schnie. Mnie także jeszcze nie uschło, bo dopiero co z tej biesiady wróciłem!
Bajki zamieszczone w tej witrynie pochodzą z książki
"Baśnie, opowieści, gadki przez Oskara Kolberga zebrane", Prószyński i S-ka 1998,
do której zostały wybrane z "Dzieł wszystkich" Oskara Kolberga, t. 1–66, 1961–79
Ostatnie zmiany w witrynie: 2011-02-26
Copyright © Prószyński Media sp. z o.o. 2000–2013